Menu

Uwięziona w chorobie

" - Jesteś za młoda na diagnozę - usłyszałam. Ciekawe, czy gdyby kolejna próba się powiodła, to nadal byś tak myślała..."

Tylko jeden raz

oliverose

          - Jeszcze tylko jedna kreska – mamrotała Liw pod nosem i ostrożnie zbliżyła pędzel do płótna.

          Wysunęła język i skupiając całą swoją uwagę na skrawku materiału przed sobą, delikatnie musnęła go, zostawiając na nim białą smugę.

        - Nareszcie! – krzyknęła rozradowana i odsunęła się od sztalugi, aby krytycznie przyjrzeć się temu, co przed chwilą wyszło spod jej ręki.

        Na pierwszym planie widniała dziewczyna wychodząca z cienia. Przedstawiona została od przodu. Miała długie brązowe włosy, zielone oczy i jasną cerę. Ubrana była w średniowieczną suknię, sięgającą ziemi, utkaną jakby z mroku, z którego wyszła. W dłoniach trzymała lampion z palącą się w środku świecą, która oświetlała jej pochyloną w dół twarz. Na drugim planie znajdowała się smok, którego tworzyły smugi światła uciekające z tilajtu. Gad unosił się nad postacią, osłaniając ją po bokach skrzydłami. Cały obraz był spowity w mroku tła. Jedynym źródłem światła był ogień i majestatyczna bestia. Od nich to emitowała biel, która przechodziła najpierw w błękit, później w granat, a następnie ustępowała miejsca czerni.  Całość przepełniona była tajemniczością, magią i grozą.

      - Idealnie –  wyszeptała zachwycona Liw.

       Dawno nie namalowała czegoś, co byłoby tylko jej pomysłem,  odzwierciedleniem jej duszy. Ostatnie miesiące miała zawalone zamówieniami portretów, krajobrazów, martwej natury i tym podobnych. Jakoś jednak trzeba było zarobić. Za coś musiała żyć, utrzymać mieszkanie i płacić za studia. Za wsparcie ze strony rodziny nie miała co liczyć. Była czarną owcą w rodzinie. Nie miała z nikim dobrego kontaktu. Zaraz po otrzymaniu wyników matury, porzuciła rodzinne strony i bez słowa pożegnania wyjechała do stolicy dalej się kształcić i rozpocząć samodzielne życie. Kochała niezależność i wolność. Stroniła od ludzi,  którzy cały czas byli zajęci przyziemnymi sprawami i wszędzie się spieszyli. Ona wolała spokojnie przemierzać świat,  szukać  piękna i magii, które gdzieś tam było w nim ukryte, pomimo zła, bólu i nienawiści na nim panujących.

      - FaStar! Chodź coś zobaczyć! – zawołała swojego smoka.

      Ten jednak się nie zjawił. Zaniepokojona dziewczyna rozejrzała się dookoła w poszukiwaniu  przyjaciela. Z pracowni przeszła do salonu, który zarazem był jej pokojem, i westchnęła z ulgą na widok gadziny śpiącej przy kominku. Podeszła do niego i pogłaskała go po grzbiecie. Smok wydał z siebie ciche mruknięcie. Liw uśmiechnęła się pod nosem i wpatrzyła się w salamandry bawiące się w ogniu. Artystka wyciągnęła rękę w ich kierunku. Jedna z fantastycznych istot zbliżyła się do niej i płomieniem musnęła jej dłoń, nie parząc jej. Liw zalała przyjemna fala ciepła. Chwilę bawiła się ogniem, który został pomiędzy jej palcami, po czym wstała i skierowała się w stronę łóżka.

        „Czas, abym i ja poszła spać” – pomyślała, a jej wzrok padł na zegarek stojący na kominku. Ogarnęło ją wielkie zdziwienie, gdy zorientowała się, że jest już z półgodziny po szóstej rano. Przypomniała sobie jak zaraz po skończeniu jednego z zamówień, około północy, od razu chwyciła nowe płótno i pchnięta weną zaczęła malować to, co w jej wyobraźni zaczęło grać.

        - Znowu straciłam poczucie czasu i zarwałam całą noc – westchnęła i wskoczyła pod pościel, dochodząc do wniosku, że nigdy nie jest za późno na spoczynek.

          Zanim jednak  oddała się objęciom morfeusza, poczuła, jak coś wskakuje na pościel i kładzie się obok niej, wtulając się w jej klatkę piersiową. Liw otoczyła ręką pokryte łuską stworzenie. Czując ciepło tej istoty, które powoli przechodziło na jej ciało, zamknęła oczy i zapadła w senne fantazje.

*

          Obudziła się dwie godziny później, słysząc dźwięk przesuwanych naczyń w kuchni i muzyki. To FaStar zaczął w niej buszować, szukając czegoś do jedzenia. Studentka przekręciła się na bok i przykryła głowę poduszką, chcąc zagłuszyć odgłosy rocka wydobywające się spod podłogi.

          „Kto normalny słucha takiego jazgotu z samego rana?” - zapytała samą siebie w myślach, uświadamiając tym samym sobie, że tak naprawdę nie ma bladego pojęcia kto prócz niej i starszej pani, od której wynajmuje mieszkanie, mieszka w tej kamienicy.

           Patrząc przez okno na odrestaurowany budynek po przeciwnej stronie i jakże zachęcającą pogodę do wyjścia, olśniło ją. Przypomniała sobie o sytuacji sprzed tygodnia, kiedy to jakiś chłopak na nią wpadł, a potem strzępił, język przepraszając. Irytowało ją takie zachowanie. Zbyła go jednak dawno wyćwiczonym uśmiechem i jak gdyby nidgy nic powędrowała na swoje poddasze. Jej rozmyślania przerwał smok, który zaczął skakać po niej, domagając się zwróceniem uwagi na siebie.

         - No już FaStar. Wstaję – powiedziała i leniwie podniosła się z łóżka.

        Zadowolona bestyjka rozpostarła skrzydła i wzbiła w powietrze kierując się do kuchni. Liw podążyła za nią, jednak zanim dotarła do pomieszczania szybko rzuciła okiem na swoje odbicie w lustrze, które znajdowało się w przedpokoju. Jej oczom ukazała się , wysoka dziewczyna, o zielonych, podkrążonych oczach i brązowych włosach związanych w artystycznym koku, która  cała pokryta była farbą –  od czubka głowy, aż po pięty. Rozbawiona swoim wyglądem stwierdziła, że najpierw zrobi FaSatar'owi coś do jedzenia, a później się wykąpie. Smok czekał już na nią siedząc dumnie na blacie i zerkając co chwilę na lodówkę. Dziewczyna podeszła i otworzyła ją. Wyciągnęła z niej kawał świeżej wołowiny, którą wczoraj przełożyła z zamrażarki, aby rano nie musiało się już rozmrażać i zamknęła drzwiczki. FaStar na widok soczystego mięsa, machnął radośnie ogonem, zleciał na podłogę i stanął przy swojej desce, z której jadł – była ona o wiele wygodniejsza od miski. Gdy tylko Liw położyła na niej dziczyznę, gad najpierw delikatnie zioną na nią ogniem, po czym zatopił w niej swoje kły. Artystka przyglądała się chwilę jak zwierzak pałaszuje swój posiłek, a następnie skierowała się do łazienki. Po drodze zahaczyła o swój pokój, aby z szafy wyciągnąć bluzę zakładaną przez głowę, leginsy i bieliznę na przebranie.     

         Liw weszła do toalety i zamknęła za sobą drzwi na klucz. Co prawda było to niepotrzebne, bo kto niby miał wejść do łazienki, która znajdowała się w zamkniętym mieszkaniu. Dziewczyna jednak zrobiła to z przyzwyczajenia i potrzeby komfortu. Szybko zrzuciła z siebie ubrania i rozplotła koka. Włosy, których nic już nie trzymało, opadły kaskadą na jej plecy, kończąc się na wysokości kości ogonowej. Tak jak kilka minut wcześniej stanęła przed lustrem i uważnie przyjrzała się swojemu wychudzonemu ciału po którym było widać skutki anoreksji, z którą dziewczyna niedawno wygrała. Nie dokonała tego dzięki rodzinie. Wręcz przeciwnie. To właśnie ona ją spowodowała. Presja, którą na niej wywoływali,  negatywne emocje, krzyki i ich wrzaski doprowadziły Liw do takiego stanu. Nie otrzymywała ona od nich żadnego wsparcia, którego nie ograniczali w stosunku do jej młodszego rodzeństwa. Potępiali ją. Wytykali jej błędy i porażki. Na każdym kroku powtarzali jej, że nic w życiu nie osiągnie jeśli cały czas będzie tylko czytać, rysować i grać na instrumentach. Nie byli w stanie uszanować jej charakteru i osobowości. Dziewczyna prócz anoreksji popadła w depresję i stany lękowe. Ból psychiczny niwelowała bólem fizycznym. Zaczęło się niewinnie – od małych, płytkich cięć na przedramieniu, które z czasem przeobraziły się w rozległe i głębokie rany, które przeniosły się na brzuch i uda. Po pewnym okresie nie cięła się już tylko z powodu bólu, ale z powodu ponownej chęci zobaczenia perełek krwi robiących się na krawędzi rany. Nikt z jej otocznia nie dostrzegał jej problemów, ponieważ ona je doskonale maskowała. Uśmiech, który gościł na jej twarzy w tamtych latach, ani razu nie był prawdziwy, za to bardzo skuteczny przy zapewnianiu ludzi, że ma cudowne życie. Dniami nosiła tą szczęśliwą maskę, by w nocy i samotności zdjąć ją i  dać upust swoim emocją. Byłaby już dawno martwa, gdyby nie FaStar, którego znalazła jak jeszcze był w jaju. Ten mały smok sprawił, że poczuła się jakby żyła w jednej ze swoich książek fantasy, co było jej największym marzeniem. Mając u swego boku tą małą istotę poczuła się potrzebna. Jej umysł się otworzył przez co była w stanie dostrzec magię i magiczne zwierzęta ukrywające się na tym świecie, których nie mogła wcześniej zobaczyć, ponieważ oczy miała przysłonięte wytycznymi świata rzeczywistego. Tak jak ci ludzie wokół niej podążała za stereotypami, modą, uzależnieniami. Dostosowywała się do opinii i poglądów, chcąc być akceptowaną. Niczym marionetka dawała sobą manipulować. Płynęła ślepo wśród szarego tłumu homo sapiens starając się pozostać niezauważoną, dopóki w jej życiu nie pojawił się płomień wolności, który przyniósł ze sobą smok. Gdy go skosztowała, zapragnęła więcej. Podążając za nim udało jej się zawrócić, wzbić ponad ludzkie troski, problemy, pożądania. Stać się wolną i wreszcie cieszyć się życiem. Nie wszystko jednak wróciło do normy. Liw pozostała zamknięta na ludzi, a chora fascynacja samookaleczaniem dawała czasami o sobie znaki.

       Dziewczyna przejechała dłonią po bliznach. Przed oczami ujrzała swoją przeszłość i zrozumiała jak nisko upadła. W jej głowie pojawiło się pytanie gdzie podziała się ta mała istotka z której twarzy uśmiech nigdy nie schodził.

       - Dorosła – wyszeptała patrząc prosto w swoje oczy odbite w tafli szkła.

         Pozostawiając za sobą mroczne myśli weszła do wanny i napuściła do niej wody dolewając przy tym płynu do kąpieli. Raz na jakiś czas mogła pozwolić sobie na odrobinę takiego relaksu. Gdy uznała, że poziom wody jest wystarczający, oparła się wygodnie o brzeg i chwyciła książkę, która leżała na półce obok. Otworzyła ją na zaznaczonym fragmencie i zatopiła się w jej fabułę. Idealne rozpoczęcia dnia.

*

         Po godzinie, odświeżona i oczytana, wyszła z łazienki. Na progu usłyszała donośne kaszlnięcie. Zdziwiona powędrowała w stronę, z której doszedł ją dźwięk. Jej oczom ukazał się smok trzymający się w zabawny sposób za nozdrza. Gdy tylko zobaczył dziewczynę z powrotem położył łapy na ziemi, a jego pyszczek przybrał niewinny wygląd. Dopiero teraz Liw zauważyła płomienie wokół niego. Nie chcąc wywołać pożaru natychmiast zebrała je i zaniosła do kominka, w którym to salamandry cały czas podtrzymywały ogień. FaStar niepewnie do niej podszedł, czując, że zrobił coś złego. Dziewczynę rozczulił jego wygląd. Usiadła na podłodze, tyłem do ognia i dała mu znak, aby wskoczył jej na kolana. Ten jednak się wahał.

     - No chodź – powiedziała uśmiechając się.        

      Smok zachęcony jej pogodnym wyrazem twarzy, jednym susem znalazł się na jej udach. Zanim jednak udało mu się wygodnie ułożyć, kichnął, a z jego nozdrzy wyleciały ogniste płomyki.

     - Ktoś tu chyba się przeziębił – rzekła wesoło i zaczęła gładzić stworzenie po grzbiecie. – Będzie trzeba Cię jakoś wyleczyć, bo inaczej spalisz całą kamienicę – dodała zamyślając się. „Tylko jak się leczy smoki?”

       FaStar wspiął się na tylne łapy, a przednimi oparł o jej pierś i trącił dziewczynę nosem wywołując tym u niej śmiech. Następnie przekręcił pyszczek w stronę wyjścia na dach. Liw podążając wzrokiem za ruchem jego głowy zrozumiała o co mu chodzi.

       - Zaraz wyjdziemy, tylko włosy mi się trochę podsuszą.

*

       Dziewczyna siedziała na dachówkach w pozycji embrionalnej i z fascynacją przyglądała się powietrznym akrobacjom przyjaciela. Pojedyncze promienie słoneczne, którym udawało się przebić przez tony chmur, odbijały się w czerwonych łuskach smoka. Liw zastanawiała się jak to jest tak wzbić się w powietrze i pofrunąć. Dać się ponieść prądom powietrznym i stać się królem przestworzy. Dotknąć chmur i słońca. Czuć podmuch wiatru na twarzy i we włosach. Być naprawdę wolnym.

       „Skocz”  - usłyszała w swojej głowie. Wstała i jakby kierowana niewidzialną siłą podeszła do krawędzi dachu. Spojrzała w dół, a następnie podniosła wzrok na szybujące w jej stronę stworzenie. Wyciągnęła prawą rękę przed siebie, tak aby FaStar mógł na niej wylądować.

      „Skocz”.

       Smok opadł na jej przedramię. Zatrzepotał skrzydłami i złożył je. Jego ogon delikatnie kołysał się na boki, a język co chwilę wysuwał badając zapachy znajdujące się w  powietrzu. Ona delikatnie przejechała palcem po jego głowie. Gad przymknął oczy, a z jego ciała wydobyło się ciche mruczenie.

    - Powiedz mi jak to jest móc latać? – zapytała go nie oczekując od niego żadnej   odpowiedzi.   

       Bestia spojrzała na nią uważnie przenikając ją swoimi złotymi tęczówkami. Dziewczyna poczuła jak jej wzrok przebija się przez nią i dociera do jej duszy. Wzdrygnęła się, gdy usłyszała głęboki głos w swym umyśle.

    „Tak jakby nic Cię nie ograniczało”.

     Zdumiona patrzyła na FaStar’a. Była święcie przekonana, że to był jego głos. Utwierdzając ją tylko w tym przekonaniu, smok odwrócił się i rozłożył skrzydła, szykując się do lotu. Przed tym jak wystartował, obrócił głowę w jej stronę i posłał jej jeszcze jedną myśl.

    „Skocz. Skocz ze mną”

       Dziewczyna w odpowiedzi  kiwnęła posłusznie głową. Tylko jeden krok i będzie wolna. Tylko jeden… Czasami tylko ten jeden to może być za dużo, bo zanim Liw udało się ruszyć nogą, kamienica zatrząsała się w posadach, a artystkę i jej smoka pochłonęły płomienie. 

------------------

Hejka. Opowiadanie sprzed dwóch lat - przed rozpoczęciem się choroby. Dokładniejsze opisy i komentarze będą pojawiały się na moim Instagramie: oliverose.blog, a tu będę publikować dłuższe teksty.

Miłego wieczoru

Olive

© Uwięziona w chorobie
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci